moje spotkania z fotografią

Parę słów o moim zamiłowaniu do fotografii.

(Zdjęcia pochodzą z internetu, niestety nie mogę swoich „gratów” odnaleźć po latach.)

Pierwszy aparat jaki miałem (zresztą wszystkie kupione posiadam do dziś, sprawne) to radziecka Smiena 8M. Fotografią zaszczepił mnie ojciec i on mi go kupił.

130145_original

W czasach PRL aparaty można było kupić w sklepach optycznych – było coś takiego, były tam też np. przeglądarki przezroczy, lunety. Było jednak dosyć drogo mimo wszystko, najtaniej wychodziły zakupy po 1989 r. „u ruskich” na bazarze.

Smena-8M_05Widok z góry – widoczne obrazkowe ułatwiacze do ustawień. Przesłonę ustawiało się według oceny pogody (widoczne słoneczka i chmurki), do odległości – oprócz metrów podano „obrazowo” sylwetki ludzi, domów. Bardzo proste i praktyczne.

 

Nie miałem światłomierza. Posiłkowałem się tekturową „tabelą naświetlań”. Ten prymitywny przyrząd dawał zaskakująco dobre rezultaty. Jako dowód zamieszczam niżej znaleziony w internecie przykład:

Swiatlomierz

Lewa część kadru jest naświetlona według jego wskazania, prawa pomiarem matrycowym aparatu EOS 350D. Powiedziałbym że to po lewej (według „tekturki”) wyszło lepiej.

.

Kolejny aparat jaki dostałem to Wilia

 

vilia

Aparat troszkę większy, wyglądał na lepszy (i był droższy) ale możliwości techniczne te same co w Smienie. Istotną różnicą na plus był jasny wizjer z podglądem ustawień.

.

Dokupiłem do niego lampę błyskową. Teraz lampa błyskowa jest wbudowana w każdym aparacie – dawniej była to torba przez ramię z akumulatorem w środku. Lampę jako taką podłączało się do „stopki” na aparacie fotograficznym („blaszka” na górze aparatu).

Oczywiście sam robiłem odbitki. Teraz to młodzi ludzie nie rozumieją jak mogła wyglądać ciemnia fotograficzna. To opowiem.

W nocy przy słabym świetle czerwonej lampki (żeby nie naświetlić filmu) i szczelnie zasłoniętych oknach pokój stawał się pracownią.

Zdjęcie żeby wywołać trzeba było kliszę nawinąć na szpulę i włożyć do koreksa (taki pojemnik na szpule). Potem wlewałem do niego roztwór wywoływacza i kręciłem szpulami za pomocą trzpienia. Oczywiście czas przebywania w płynie był określony. Potem płukało się dokładnie zimną wodą.

Suche klisze zakładałem do tzw powiększalnika „Krokus”. Mogłem wykadrować sobie zdjęcia poprzez powiększanie właśnie. Musiała być ramka pod którą kładłem papier. Też był określony czas naświetlania papieru, zależny od zaczernienia negatywu. Papiery miały różne gradacje (twardy, miękki) , były błyszczące, matowe.

Odbitkę wywoływało się w kuwecie z roztworem wywoływacza, i patrzyło jak pojawia się obraz. Niezapomniane chwile. Trzeba było wyciągnąć w odpowiednim momencie. Następnie krótko opłukać w kuwecie z czystą wodą i włożyć do kuwety z roztworem utrwalacza. Zażółcone palce (zwłaszcza paznokcie) to nieodłączne pamiątki po takiej sesji.

Była i suszarka do zdjęć, i wałek którym jeździło się po płótnie suszarki – po to by odsączyć nadmiar wody. Suszenie wymagało wprawy by nie pozostawały matowe plamy na zdjęciach. A w dzień – sama przyjemność – przycinanie zdjęć, w tym w ozdobne ząbki specjalną przycinarką.

Odczynników było wiele rodzajów, dołączane do nich były ulotki jak dziś przy lekarstwach. Klisze różniły się czułością i ziarnistością, rozmiarem klatki. Generalnie trzeba było posiadać wiedzę i zadać sobie trudu żeby robić w domu odbitki.

.

Kolejnym aparatem był Lubitel 166 Universal

Niestety odbitek z niego nie mam, już wtedy „ciemnia” zaczęła mi się „rozłazić” po mieszkaniu. Dla mnie najciekawszy aparat z posiadanych. Dwuobiektywowa lustrzanka, zresztą zobaczcie

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przychodziły do niego klisze zwojowe, nie format 35 mm tylko większe, z ochronnym papierem. Zdjęcie żeby zrobić – patrzyło się z góry. Konieczne było otwarcie klapek jak widać wyżej i podciągnięcie lupki. Obraz był podawany przez system luster.

.

Kolejnym aparatem był Zenit.

800px-Zenit_TTL

Ogólnie aparat profesjonalny w porównaniu z tym co miałem do tej pory (lustrzanka, wymienny obiektyw), ale cóż z tego jak kupiłem na bazarku u oszusta (zepsuta migawka). Po tym zniechęciłem się do tematu (początek lat 90-tych).

.

Kolejny aparat pojawił się u mnie aż w 2009 r. – i tego używam obecnie.

To Fujifilm Finepix 1000fd

Dla mnie nowość – żadnych klisz, karty pamięci, ustawień dokonuję przyciskami a nie kręcąc pierścieniami (chociaż wolałbym pierścienie). Miał dobry stosunek cena/możliwości, jasny wizjer, zoom, makro,  możliwość kręcenia filmików, ustawienia manualne, „poważny” wygląd.

Można było wreszcie „poszaleć”. Tradycyjne („analogowe”) aparaty dawały przeciętnie 36 zdjęć i trzeba było się ograniczać. Karta pamięci mieści ich tysiące, i nie trzeba nic wywoływać – zdjęcie jest od razu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ma swoje wady (szumy przy ISO większym jak 400, kiepskie odwzorowanie zieleni, ogólnie wymagający co do ustawień). Na „szkło” mnie nie stać, więc z tym jeszcze się długo „pomęczę”.

Ponieważ zdjęcia są cyfrowe – rolę ciemni przejął komputer, a na nim program PhotoImpact.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: